Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Siedlecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Siedlecki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 kwietnia 2017

Premierowy pokaz filmu pt: "Piłsudski. Dla Polski żyć" - zaproszenie

 
Twórcy filmu Andrzej Siedlecki i Riho-Okagami Siedlecka serdecznie zapraszają w rocznicę śmierci Marszałka J. Piłsudskiego na premierowy pokaz filmu pt: "Piłsudski. Dla Polski żyć".

W programie również pokaz naszych, krótkich filmów nagrodzonych na Festiwalu Polonijnym "Losy Polaków" w Warszawie w 2016 r.

Konsulat Generalny, Sydney, piątek, 12 maja godz. 19.00.

(zdjęcie. A. Siedlecki)

sobota, 12 lutego 2011

Warszawa da się lubić

Kiedy byłem dzieckiem, Tata warszawiak podśpiewywał ciągle piosneczkę „Warszawa da się lubić”.  Sens tych słów pozostał we mnie. Lubię odwiedzać stolicę, a wtedy przypomina mi się, jak - ćwicząc odporność- maszerowałem przez most w mroźne poranki do mojej wspaniałej „budy” na Miodowej, do szkoły niezwykłej-Państwowego Liceum Techniki Teatralnej, kształcącej znakomitych techników teatralnych. A potem, po 5 latach znów szedłem Miodową do Szkoły Teatralnej. Były dni, że Zamek i budynki Starego Miasta wynurzały się z mgły, przeświecało słońce i było bardzo pięknie.
Teraz jak przyjeżdżam z Sydney, to wracam do ulubionego Starego Miasta i czarujących małych uliczek, których niestety, spokój i czar zakłócają wrzaskami, i obecnością szumowiny miejskie.  Panoszące się od wczesnego rana pod sklepem z alkoholem, a nierzadko też popijają trunki pod parasolami jeszcze zamkniętych restauracji. A na Rynku, psuje miły obraz, siedzący na trotuarze jakiś półnagi, młody facet, zbierający pieniądze do tekturowego pudełka. Ale kiedy już się wyjdzie na Trakt Królewski jest lepiej, choć i tu zaczepia mnie „trunkowy” z butelką w ręce, prosi o pieniądze i nie daje spokoju, mówiąc szczerze, że inaczej nie może, aż mój syn interweniuje -„Odczep się od mojego ojca!”- krzyczy zdenerwowany. Jest po raz pierwszy w Warszawie, chcę mu pokazać piękno miasta.
I oto rozlega się muzyka, co „łagodzi obyczaje”. Rozpoznaję Chopina. Grające ławki, to piękny pomysł i prezent dla spacerowiczów. Nie wszystkie już grają, ale kiedy grają, to dusza się weseli. Przyjemnie jest patrzeć na młodych, uśmiechniętych i dobrze ubranych ludzi, których nie powstydziłyby się europejskie stolice. Zniknęła dawniejsza szarość i ortaliony. Ale coś niebywałego pozostało! Chcę kupić spodnie w pewnym sklepie. Ale okazuje się, że jestem niepożądanym klientem, sprzedawczyni niechętnie i niegrzecznie odpowiada na pytania, zajmuje się czymś innym i wydaje się, że jej zupełnie nie interesuję. Mierzę jednak spodnie, niechętnie przynosi inne rozmiary, wreszcie coś znajduję, płacę, a na moją uwagę, że mogłaby mi bardziej pomóc, bo przecież sam rozebrany nie mogę przynieść sobie spodni, słyszę „Więcej Pana nie obsłużę! Wynocha”! No cóż, zły dzień!
Za to w Złotych Tarasach, gdzie prym wiodą młodzi, obsługa uśmiechnięta i życzliwa, dobrze wytrenowana, bo każdy klient, to biznes. Więc frontem do klienta! I warszawscy taksówkarze, z którymi jeździłem byli też eleganccy, pomocni i nierzadko mnie przestrzegali przed „taksówkowymi łupieżcami”.
Mam ogólne wrażenie, że w ogóle ludzie są jakby mniej zestresowani, weselsi, więc przyjemnie jest na nich popatrzeć. Młodzież jest pełna werwy, energiczna, otwarta. Z rzadka tylko słyszę jakieś głośne przekleństwa, które porażają mnie brutalnością i brakiem wstydu. Zdziwiony jestem wszechobecnością różnych „mundurowych”, których też nie brakuje na Starym Mieście. Wzbudzają we mnie strach, a przecież mam się czuć bezpieczny, ale paradoksalnie wcale się tak nie czuję i rozglądam się, czy coś mnie nie grozi. Jacyś turyści japońscy zaniepokojeni pytają mojej żony, czy coś się stało. Nigdzie w Europie policji na ulicach nie widać, szczególnie w miejscach turystycznych.
Podobno w Brazylii turyści mają opiekę policjantów, chodzących za nimi krok w krok.  Czy nam coś grozi? Japońscy turyści robią mundurowym zdjęcia, pewnie opowiedzą o tym swoim znajomym.
Jesteśmy właśnie po wizycie w dworku Chopina w Żelazowej Woli, gdzie zamiast dawniejszej, kameralnej atmosfery epoki, znajdujemy w środku ogołocone z mebli, „suche”, smutne wnętrza, wypełnione technologią i nowoczesnością. Atmosfera epoki wyparowała. Tłumaczą nam, że meble zabrano do muzeum w Warszawie.  Pozostaje muzyka z płyty kompaktowej i ładnie utrzymany ogród. Niestety, żadnego wrażenia, żadnego zatopienia się w innej rzeczywistości, może w parku, ale tu panoszy się kawiarnia, na zewnątrz restauracja i pamiątkarskie sklepiki. Jakby zupełny brak proporcji między sednem sprawy, a zewnętrznymi, aczkolwiek potrzebnymi dodatkami.
Chcę pokazać żonie, Japonce, polonofice, miłującej Chopina, jak i jej krajanie, niedawno otwarte, nowoczesne Muzeum Chopina, sądząc, że tam, w barokowym pałacyku odnajdziemy czar i tradycyjny styl epoki. Żona zwraca uwagę, że łatwo jest znaleźć Muzeum, bo droga jest dobrze oznakowana. Trudno jednak dostać się do środka: trzeba przyjść i zamówić wizytę, a potem jeszcze raz przyjść, by zanurzyć się w informacjach i znów w technologii. Cieszy jednak, że tak dużo jest zwiedzających. Syn uważa, że ograniczenie liczby odwiedzających muzeum jest dobre, bo nie ma tłoku i można się swobodnie poruszać po salach.  Ludzie oglądają, ale z rzadka pozostają dłużej przy rozwlekłych opisach. Na muzeum na pewno trzeba poświęcić trochę więcej czasu, by przetrawić ten barok ciekawych informacji. Żona mówi, że muzeum nie może być tylko książką z informacjami, których nikt nie jest w stanie dokładnie przeczytać i twierdzi, że tu też nie znalazła stylu epoki, który bardzo lubi. A to, co jest informacją, świetnie zna. Przywołuje pamięcią atmosferę w Hotel Chopin w Paryżu, który specjalnie wybraliśmy w drodze do Warszawy. Tam zachowano styl i atmosferę miejsca, zabrakło nam tylko do wnętrza długiej sukni i tużurka. Tu w okolicy podobno spacerował Chopin z George Sand, a w cukierni obok jest nawet ciastko „polonaise”. Natomiast w pałacyku bardzo podoba się jej sala, gdzie można posłuchać, czy to walców, czy nokturnów, czy mazurków. Ale naprawdę jest to niezwykle piękne i obfite w ciekawe rozwiązania muzeum, iskrzące się świetnymi technologicznie pomysłami i sprawiające niezwykłe wrażenie na zwiedzających. Pozostaje w pamięci i możemy być z niego dumni. Odwiedzam też  mój rodzinny Żoliborz - nie mogę przecież  o nim nie wspomnieć - pięknie się rozwija, domy ma odnowione, piękne kwietniki, a w zanadrzu bardzo interesujące projekty kulturalne. Wspominam także  miłą wizytę w bibliotece  przy Teatrze Komedia, gdzie w pięknej sali miałem świetnie zorganizowane spotkanie z czytelnikami.
Więc wracam sentymentalnie na Żoliborz i znów na Trakt, gdzie za dawnych czasów spacerowałem z kolegami, wstępując na kawę w czasie przerw na studiach. Dobrze, że nie ma tu reklam przysłaniających dawną architekturę. To świetny pomysł, by w dni wolne od pracy zamknąć Trakt dla ruchu i oddać go w posiadanie spacerowiczom, i turystom, chętnie kupującym na stoiskach różne wypieki, sery, staropolskie kiełbasy, pamiątki... czy świetnie ukiszone ogórki, którymi mój syn w Warszawie się zajadał.                                                                                               Stolica w wielu miejscach bardzo nam wypiękniała i na pewno będzie jeszcze piękniejsza. Więc niedługo znów do niej wrócimy, bo „Warszawa da się lubić”. Tata miał rację.
Andrzej Siedlecki

poniedziałek, 7 lutego 2011

Mozaika paryska

Andrzej Siedlecki
Moja siostra cioteczna, żyjąca we Francji twierdzi, że mamy „ciągoty” francuskie we krwi, a stało się to za sprawą prześladowań protestantów, z których, ten niby „nasz”, schronił się w tolerancyjnej Polsce, która gwarantowała królewskim prawem wolność wyznań. Trudno to udowodnić, bo papiery rodzinne spłonęły w Powstaniu Warszawskim. I nawet nie ma po co. Ale niewątpliwie, zawsze mnie jakoś pociągała melodia i lekkość języka francuskiego, i kultura! Ślimaki i żaby, niespecjalnie…
Najważniejsi byli impresjoniści...Lata 50-te, początek 60-tych... Szarzyzna życia przytłacza, a ich obrazy wnoszą powietrze, światło i kolor. A książki o nich, przynoszą mi atmosferę cyganerii artystycznej i nieskrępowanych rozmów o sztuce, w słynnej Café de la Rotonde. Byli wolni od świata, który nas otaczał, ale nie wolni od swojej pasji, by odważnie zmieniać rzeczywistość na płótnie i negować poprzednią estetykę, w poszukiwaniu nowej.  I to mi się bardzo podobało. Byłem opętany malarstwem impresjonistów. Dużo malowałem w Liceum Techniki Teatralnej, a w domu kopiowałem Cezanne’a, Von Gogh’a, Monet’a, Degas’a. Chciałem być jednym z nich, zdawać do Akademii Sztuk Pięknych, ale przestraszyłem się samotności w pracowni, szaleństwa Van Gogh’a, dramatu alkoholowego Utrilla i jego matki Zuzanny Valadon. Mimo zachęty profesora Piotrowicza, bym studiował sztuki piękne w Toruniu, wybrałem aktorstwo. Ale zainteresowanie impresjonistami pozostało. Wyjechać, zobaczyć, chłonąć atmosferę Paryża! Nie mam szans, ale mimo to uczę się francuskiego w Alliance Francaise, potem biorę prywatne lekcje raz w tygodniu, na więcej nie mam pieniędzy. Jak nie wyjadę - myślę - to w każdym razie wyćwiczę aktorską pamięć! Ale szansa przychodzi. Wygrywam eliminacje językowe w Ministerstwie Kultury, dostaję stypendium na dwa tygodnie i jadę na festiwal teatralny do Avignon. Pierwszy raz na Zachodzie. Wszędzie kolorowo, ludzie grzeczni i uśmiechnięci! Kulturowy szok! Wspaniale grane wieczorne przedstawienia w Palais des Papes, potem dyskusje w przyjaznym kręgu stypendystów z całego świata...I ból głowy z podniecenia, napięcia i niedojadania posiłków z powodu powolnego, z wysiłkiem - pierwszy raz w obcym języku - formułowania myśli. Ale to nie miało znaczenia, bo to był tydzień wspaniałych odkryć rzeczywistości! Dla studenta wypuszczonego z klatki, to było za krótko. Ale został mi jeszcze tydzień. Jadę więc, na własną rękę do Paryża, by pooddychać, chociaż troszeczkę, atmosferą sztuki. Do Paryża, Mekki artystów! I tam zobaczyć, już nie w albumach, ale w muzeach „moich” impresjonistów. Pierwsze kroki kieruję do Musée du Jeu de Paume, które miało wtedy dużą kolekcję impresjonistów. Teraz kolekcja została przeniesiona do Musée d'Orsay, którego zbiory w tym roku zawitały do Australii, a które musiałem zobaczyć, przypominając sobie studenckie fascynacje.  Oglądam też dzieła kochliwego Modiglianiego, którego reprodukcje portretów wiszą teraz w moim pokoju. Bywał często w słynnej Café de la Rotonde, istniejącej do dziś, gdzie zbierali się artyści, gorąco spierając się o nowe idee w malarstwie. Bywał tam też Picasso, uwieczniając ją na swoim obrazie, Leopold Zborowski, przyjaciel i marszand Modiego i wielu innych. Jakże mogłem tam nie iść i nie przywołać sobie artystycznej atmosfery dawnych lat, o której naczytałem się wcześniej. Nie miałem pieniędzy, ale miałem za to kilka paczek hawańskich cygar, których kupno, wstydząc się potwornie, proponowałem w paryskich bistro. Uzyskana drobna sumka pozwoliła mi przeżyć na bagietkach i wodzie tych kilka dni, a co więcej pozwoliła mi kupić kawę w znanej kawiarni. I już jestem szczęśliwy, wyobrażając sobie, że siedzę wśród „moich” ukochanych artystów. „Chyba za długo siedzę o tej kawie” - myślę - bo kelner przychodzi, co chwila i pyta: „Est ce que vous desirez quelque chose?” Na „quelque chose” już mi nie starcza, więc zakłopotany opuszczam kawiarnię, przyrzekając sobie, że jeszcze do Paryża przyjadę...”po sztukę”. I że będę miał na bilet do Louvre’u, żeby zobaczyć zbiory antyku, o którym tyle się nasłuchałem od moich, prześwietnych nauczycieli, ze skasowanego nieroztropnie Liceum Techniki Teatralnej, wypuszczającego profesjonalnych, wykształconych  techników teatralnych.                                                                                          Znów mam szczęście! W 75 roku otrzymuję 3- miesięczne stypendium do Paryża i do słynnego Jacques Lecoque Studio. Po uprawianiu zawodu przez 8 lat, przyznam, że byłem studiem, mieszczącym się w jakimś fatalnym budynku i programem rozczarowany. Czułem się jakbym wrócił do początków, które miałem już dawno za sobą i nie sądziłem, że to doświadczenie może mi się w mojej pracy specjalnie przydać. Kurs był podstawowym wprowadzeniem do zawodu, a ja byłem już na dalszym etapie rozwoju. Poza tym w Szkole Teatralnej robiliśmy bardziej skomplikowane zadania, niemniej uświadomiłem sobie, że nie ma jednej metody nauczania, która może prowadzić do tego samego celu. To było inspirujące, jak się później okazało w Sydney, gdy zacząłem moje studia podyplomowe, by uczyć aktorstwa.  W Paryżu mam przydzielonego, miłego i jakże eleganckiego opiekuna, profesora z Conservatoire National Supérieur D'art Dramatique, który zabiera mnie do szkoły, gdzie oglądam zajęcia aktorskie i przedstawienie Wedekinda „Przebudzenie Wiosny”. W tym czasie nauczanie tradycyjne jest mi bardziej bliskie, a poza tym interesuje mnie francuski styl gry. I oczywiście, idę do Comédie-Française, niestety nie trafiam na Moliera, który to tradycyjnie jest specjalnością teatru, ale oglądam świetnie graną komedię, w której, z przysłowiową francuską lekkością i wdziękiem śmiano się z ze słabości homoseksualnych. Aktorzy znakomicie i ze smakiem grali role nie heteroseksualne.  Wolność dla ludzkiej ekspresji! To był dla mnie szok, że w ogóle taki temat mógł zaistnieć na francuskiej scenie.

Trzy miesiące za granicą, to długi okres czasu, specjalnie wtedy, gdy stypendium jest chudziutkie, aby tylko nie umrzeć. I nie wolno popełnić błędu, a ja go popełniłem z niewiedzy. Otóż wpadłem już na początku, gdy zaoferowano mi mieszkanie, które okazało się tak drogie, że musiałbym wracać za dwa tygodnie do Polski. Gdy się zorientowałem, że mam inną możliwość, moja miesięczna kwota znacznie się uszczupliła i było beznadziejnie biednie. Nie mogłem sobie pozwolić, by zjeść po ludzku, i co było ważniejsze, by iść do kina, lub do teatru. A Paryż oferował imprez bez liku i wszystko chciałem oglądać, i wszędzie być...i wreszcie coś zjeść. Więc szlifowałem paryski bruk, smętnie przemierzając kilometrami ulice.  Pamiętam jak dziś…Spaceruję słynnym Boulevard Saint-Michel w dzielnicy Łacińskiej, piękną i bardzo ożywioną ulicą, odwiedzaną szczególnie przez studentów z Sorbony, a także turystów – i nagle kręci mi się z głodu w głowie. A tu, w restauracjach, za szybami pełno ludzi, piją wino i jedzą jakieś wspaniale wyglądające dania. Gapię się na tych beztroskich, uśmiechniętych szczęśliwców i nie wytrzymuję, kupuję jakiś kebab, co znaczy, że jutro nie będę miał na autobus i bilet, żeby zobaczyć „Psa andaluzyjskiego” Bunuela, który gdzieś daleko jest wyświetlany. Trudno! Jak już nie miałem siły spacerować, to wracałem do mojego internatu, brałem prysznic, jadłem tam niezłą, jak dla mnie kolację, relatywnie tanią i w lepszej już formie wyruszałem dalej w Paryż, „by night”. Bo muszę powiedzieć, że przekonałem urzędniczkę (znów ze wstydem), że nie mam pieniędzy na poprzednie lokum i nie da się żyć za to, co otrzymałem, więc przeniosła mnie do studenckiego internatu, gdzieś chyba w okolicach Gare du Nord. Więc odświeżony prysznicem i kolacją, z nową energią idę do Avenue des Champs-Élysées, położonej w słynnej bogatej dzielnicy. Nie ma turysty, który by tu nie przyszedł i nie chciał jej zobaczyć, no i oczywiście, Łuku Triumfalnego! Ta kaskada świateł, witryny bogato zaopatrzonych sklepów, marki ubrań, butów, znane mi tylko ze słyszenia, luksusowych samochodów, pogodni ludzie siedzący w restauracjach, żywo o czymś rozmawiający - to robi na mnie, przybyszu z innego świata, oszałamiające wrażenie. Wracam zmęczony i odurzony tym obrazem luksusu, albo raczej, tragicznie zestresowany. I nagle, o mało co, nie potykam się o czyjeś ciało...Tak, to jest człowiek!  Przykryty gazetami, śpi na jakichś metalowych kratach. Odkrywam, że z tych krat leci powietrze, tak, to ciepłe powietrze z kolejki metra! Teraz rozumiem, to „clochard”. Cóż to za kontrast w tym pejzażu! W języku polskim, słowo to nie ma odpowiednika, ale w gwarze francuskiej „clochard” znaczy-niebo, więc to jest ten, który żyje i śpi pod gołym niebem. Jest wolny od wszystkiego i niezależny - trudno mi było zasnąć- może stanowić o sobie! Niesamowite!

W samym środku Paryża, na wyspie Cité, gdzie znajdują się cenne zabytki, „kwieci się” Quai aux Fleurs -Wybrzeże Kwiatów. Idę tam...Do tej pory lubię kwiaty i mam ich w komputerze niezłą ilość, i czasami te „piękności” wysyłam do znajomych. Rzeczywiście, nazwa jak najbardziej właściwa, bo całe wybrzeże jest skąpane w kwiatach. Na budynku nr 9 widzę tabliczkę, że tu kochali się Abelard i Heloiza, i podobno dla upamiętnienia sławnej pary kochanków, i ich nieszczęśliwej miłości wydzielono dawny plac nad Sekwaną, właśnie na targ kwiatów. Kwiaciarki oferują tu prawie wszystkie kwiaty świata, a mają swoją ambicję i nie sprzedają ich „jak leci”, ale układają je w przeróżne kompozycje. To niemal malarskie zestawienie brył i płaszczyzn, które staje się tematem wielu malarzy, siedzących na malutkich stołeczkach i z pasją przenoszących tę feerię kwiatów na swoje płótna. Oglądam z przyjemnością kwiaty i spostrzegam, że obok jakiś człowiek, niepasujący zupełnie do kwiecistego otoczenia, dłuższy już czas peroruje z korpulentną kwiaciarką. Dostaje po chwili maleńki bukiecik konwalii, nie daje ich zawinąć w srebrny papierek, natomiast wyjmuje z kieszeni kawałek zmiętej gazety i wkłada w nią pachnące konwalie. I kołyszącym się krokiem odchodzi w stronę Sekwany. Idę za nim. Ubrany jest w krótkie, połatane, szare spodnie i wyświechtaną, wytartą marynarkę. Na głowie sfilcowany kapelusz, spod którego wystają sklejone od bruduwłosy siwe włosy. Komu podaruje te konwalie?                                                                 

Po drodze mijam stragany bukinistów, którzy w drewnianych skrzynkach trzymają ich książkowe bogactwo. Kramiki ze starymi książkami, mapami, starymi sztychami i pocztówkami Paryża ciągną się kilometrami wzdłuż Sekwany, a handlarze siedząc na małych stołeczkach, w ogóle nie zachęcają do kupna. „Konwaliowy Pan” wita się serdecznie ze starym bukinistą, chwileczkę rozmawiają...i dostaje jakąś cieniutką książeczkę. Schodzi nad Sekwanę. Ja za nim. Siada na betonowym nadbrzeżu, wyciąga z kieszeni butelkę wina, odkorkował, popija i zabiera się do lektury. Siadam obok. To paryski „clochard”, jeden z 10.000-ciu tysięcy zarejestrowanych. Częstuję go papierosem. Zadowolony, zaciąga się głęboko „Gitanem”. Rewanżuje się łykiem wina i odkłada książkę. Zerkam na tytuł - „Napoleon”. Pociągnał jeszcze z butelki i zaczyna opowiadać. Jeszcze dziesięć lat temu pracował na Uniwersytecie i wykładał historię. Był, jak wszyscy. Rozpychał się łokciami, chciał dużo zarabiać, jak najlepiej się urządzić i posiadać jak najwięcej. Wydawało mu się to naturalne. Ale w pewnym momencie...”Zdałem sobie sprawę, że to nie ma sensu i w głębi duszy wcale tego nie pragnę...Pojechałem do Indii...Tam, przez jakiś czas wykładałem, studiowałem filozofię buddyzmu z przyjemnością.  Pociągnął następny łyk...”Widzisz - mówi- w buddyzmie fundamentalną zasadą jest niedopuszczanie, by świadomość została zakłócona przez łapczywe pragnienie, czyli „trsna” i chodzi o to, żeby nie zatracić się w gromadzeniu rzeczy. Lepiej nie ingerować, nie prowokować zdarzeń, a czekać na nie”. Wraca do Francji, okazuje się, że żona już na niego nie czeka. Zostaje sam. „Obce mi jest teraz pragnienie posiadania. Nie chcę już nic. I tak jest dobrze. Jestem wolny. Mam wino, niebo, Sekwanę- i to jest moje bogactwo. Nic do zabrania!”

Ciekawe spotkanie...Ale trudno jest mi zrozumieć ten rodzaj wolności i wyrzeczenia się rzeczywistości, lub akceptację prawie totalnego ograniczenia. Tym bardziej, że ja chciałbym mieć parę franków więcej, by móc w pełni korzystać, z musującej artystycznym życiem francuskiej stolicy. I tu niesamowita niespodzianka - przypadek! Idę ulicą i spotykam kolegę, który rzuca pytanie: „Chcesz zagrać w filmie o francuskim „Résistance” z Brigitte Fossey, dasz lekcje konspiracji twojemu koledze z grupy?” Bez wahania, z entuzjazmem odpowiadam „Tak! Więc niby łowię ryby nad Sekwaną („konspira”) i wtajemniczam, niby młodego Francuza, ale polskiego studenta, który studiuje w tym czasie w Paryżu.  Życie przynosi czasami szczęśliwe przypadki, które odmieniają nasz los. Dla ubogiego stypendysty ze Wschodu, zapłata za „konspirę” okazuje się niezłą sumką i mam już na bilety do kin i muzeów!  Mam w kieszeni więcej „franiów”, niż „clochard”, który musi mieć obowiązkowo 3 franki, by policja nie oskarżyła go za włóczęgostwo. Więc szczęśliwy i wdzięczny koledze udaję się nazajutrz do Louvre’u, gdzie wreszcie mogę zobaczyć eksponaty z antyku, którego filozofią i ideami zarażono nam głowy w Liceum. Oglądam, stojącą zaraz przy wejściu Nike z Samotraki, boginię zwycięstwa, inspirującą wielu naszych poetów, Jasnorzewską-Pawlikowską, Lechonia, Słonimskiego, Staffa i Herberta. Potem malarstwo, potem rzeźba…To było fantastyczne i oszałamiające przeżycie! Za dużo naraz, pęka z natłoku głowa, więc za tydzień powtarzam wizytę, by objąć to bogactwo eksponatów, twórczych idei i informacji. Ale też nie starcza czasu, by wszystkie informacje przetrawić.  Obiecuję sobie, że jeszcze tu wrócę. Chcę też zobaczyć sztukę średniowiecza, przede wszystkim rzeźbę, więc maszeruję do Musée de Cluny.

Posiada jedno z największych zbiorów sztuki średniowiecznej... i właśnie znakomitej rzeźby, której realizm i mistrzostwo wykonania podziwiam. Zainteresowanie rzeźbą zawdzięczam zajęciom w Liceum Teatralnym, rzeźbiliśmy wtedy głowę Krzysia Kieślowskiego, nawet mam pamiątkowe zdjęcie, później reżysera filmowego, który ukończył to samo Liceum.  I odwiedzam następnie Musée d’Art Moderne de la Ville de Paris, w budynku Palais de Tokyo, który widać, jak na dłoni z La Tour Eiffel, pędzę też do Musée de Montmartre, gdzie w budynku głównym mieszkali „moi” malarze, Renoir, Utrillo, Van Gogh. I koniecznie zobaczyć Musée de Balzac, bo romans z Pania Hańską i Musée Adam Mickiewicz, bo nasz poeta i co po nim w Paryżu zostało. I wreszcie słynna, francuska podkasana muza...Idę do Folies Bergère, gdzie oglądam na stojąco, kupując nie najtańszy jak na stypendystę bilet na jaskółce, jakąś egzotyczną składankę musicalową w popularnym wydaniu. I francuskim zwyczajem, oczywiście nie obywa się bez golizny i smacznie przyprawionej erotyki! A poza tym jak się nie poweselić i nie obejrzeć, czym karmi się turystów i co się chce pokazać obcym. To też wizytówka! Musiałem zobaczyć to miejsce, cokolwiek by tam nie było, tym bardziej, że występowały tam światowe sławy, począwszy od Chaplina, Fernandela, Yves Montand’a, Sinatry i mima wszechczasów, Marcela Marceau, którego sztukę pantomimiczną podziwiałem. Do dzisiaj pamiętam jak ten „motyl” w jego pantomimie żył w dłoniach i jak mim wspaniale tańczył tango, a w innej scence walczył ze złośliwym krzesłem, na którym chciał usiąść i ciągle mu się nie udawało.

Paryż jest znany z prezentowania artystycznych zjawisk, „połykania” i asymilowania ciekawszych tendencji. Zaprasza Wrocławski Teatr Pantomimy i do teatru Sary Bernhardt przyjeżdża Tomaszewski ze swoim spektaklem. Zachwycony byłem jego twórczością. Uważam, że to, co tworzył Tomaszewski ze swoim, niesamowicie sprawnym zespołem przekraczało unikalną sztukę Marcelu. Byłem olśniony wielością znaczeń i asocjacji, jaką przynosiły mnie teatralno - pantomimiczne przedstawienia polskiego mistrza. I po tym wieczornym spektaklu, sztuki pisane, teatralne, wydały mi się za jednoznaczne, za proste, a spektakl pantomimiczny polskiego zespołu był owiany tajemnicą i transcendencją, wykraczającą poza realność. To wielka sztuka! I to, uświadomiłem sobie właśnie w Paryżu, tolerancyjnym i otwartym tradycyjnie na artystyczne tendencje. Marceau, podobno zazdrościł Tomaszewskiemu, że mógł stworzyć własny teatr. Podniecony, poszedłem za kulisy...Należało to spotkanie jakoś uczcić, więc proponuję kolegom, by iść gdzieś na kolację, wypić winko i porozmawiać...Nie za bogaty sugeruję składkę, ale jakoś to nie idzie, coś tam powoli wysupłują...Rozumiem, każdy zbiera dewizy na przeżycie w Polsce, więc decyduję, że dołożę i kupię jakiegoś „cienkusza”, i co tam...I rozmawiam w nocy ze Stefanem Niedziałkowskim, gwiazdą zespołu, któremu też, jak mnie pali się w głowie...Razem - myślałem - stworzymy teatr ruchu i połączymy pantomimę ze słowem...Musi coś z tego wyjść...I znów ta otwartość paryska! Jakiś brodaty Argentyńczyk zaprasza nas do restauracji, ale my w strachu, że to kosztowne, więc zapewnia, że tam wszystko będzie za darmo i rzeczywiście, jest jakiś ryż zmieszany z czymś tam z olbrzymiej patelni, piwo z maszyny, ile, kto chce, ale to wszystko jest dla mnie nieważne, ważne jest to spontaniczne, nie pretensjonalne spotkanie ludzkie i poczucie wolności w rozmowach... I to, właśnie oferował Paryż. Tę niezwykłą atmosferę! No to my, ujęci honorem kończymy polskim akcentem i zapraszamy, już nad ranem, na zupę cebulową Leszczyńskiego do słynnych Les Halles. Celebracja sztuki „était fini”!

Wiedziałem, że Paryż jest słynny ze swoich café théâtres, których u nas w tym czasie nie było, a które proponują różnego rodzaju teatralne wydarzenia, recitale piosenki i niekonwencjonalne prezentacje artystyczne, w większości wypadków w nietradycyjnej formie, na które nie pozwala przeważnie małe miejsce, niejednokrotnie brak garderoby i wyposażenia w światła, pozwalającego uzyskać efekty wizualne.  Ciekawe jak aktor, piosenkarz, mim obroni się przed tym wyzwaniem - nie chroni go już przecież, pomagająca mu się „wyizolować” bariera światła i przestrzeni - jest „nagi” przed publicznością? Wybieram się, więc do małego café théâtre, inny Argentyńczyk gra „Hamleta”. „Hamleta” w kawiarni? Coś niesłychanego dla mnie, spętanego formą! Do tej pory pamiętam jego konwulsyjnie wykrzywioną, twarz, półnagie ciało, którym protestował z dużą ekspresją przeciwko fałszowi i zbrodni. Całym sobą. To była jakby esencja „Hamleta”. To był bardzo fizyczny teatr. Czyżby znał idee Grotowskiego? Café théâtres i małe teatrzyki pozwalają na eksperyment. W małej salce, w Théâtre de la Huchette debiutował przecież Ionesco, Rumun z urodzenia, nikomu na początku nieznany, a potem głośny przedstawiciel Teatru Absurdu.

Przedsięwzięcia często są niekomercyjne, a takie zawsze są potrzebne dla rozwoju teatru, nawet z głównego nurtu, który najlepsze i najtrafniejsze tendencje, czy pomysły potrafi później wykorzystać. Ta różnorodność ofert i ich akceptacja w paryskim życiu kulturalnym była dla mnie zdumiewająca. Miałem wrażenie, że każdy ma szansę znaleźć swoje miejsce ekspresji. Paryż umie akceptować i przyswajać sobie artystów z innych krajów, jak choćby Picassa, Becketta...i Andrzeja Seweryna, który jest członkiem zespołu w Comédie Française, i wielu, wielu innych. 

Paryż i Francja ma wiele miejsc - zresztą jak każdy kraj - „mitycznych”, które się chętnie odwiedza i wraca do nich, by poznać je lepiej. Tak też było w moim przypadku, gdyż pozytywne w sumie doświadczenia i fascynacje w młodości zostają na długo pamięci.                                                 Więc, gdy myślę - Paryż...to myślę o wolności ekspresji i twórczej tolerancji, i działa to też, jak hasło wywoławcze, w ogóle dla francuskich wspomnień! I wtedy w mozaikę układają się przeróżne obrazy, te paryskie, i te z przeuroczego południa Francji, i te ostatnie, znów z Paryża, i Tours. Zachwyty i zadziwienia! Spotkania ze sztuką, zdarzenia, sytuacje...i ludzie.                                                               A więc, z mozaiki wyławiam przyjazny, szeroki uśmiech celniczki o czekoladowej skórze na lotnisku Bourget, „mojego clocharda”, życzliwego sklepikarza z mojej dzielnicy, niesamowicie przyjazną atmosferę w czasie pobytu w Avignon, Khadiżę, i Aishę z Amanu, która była gotowa dla mnie nauczyć się polskiego, beztroskie pikniki z gorgonzolą i czerwonym winem, mojego sympatycznego opiekuna z Conservatoire, moich przyjaciół z południa, Jacques’a i Annette, Yves’a i Babette, z pięknymi, kręconymi włosami, oraz niewymuszonym, ciepłym uśmiechem i chodem gazeli, i pięknie opalone, półnagie dziewczyny z plaży w Sète, galerie Południa, górę Sainte Victoire, malowaną niezmordowanie przez Cézanne’a, nagrodę – płytę za mój improwizowany taniec w nocnym klubie Montpellier...I kolację z Jean’em i jego dziewczyną, który mnie podarował „Eau Sauvage” na pocieszenie, gdy okradli mnie w Paryżu Libańczycy, których przenocowałem na podłodze w internacie, litując się nad ich losem, a którzy „ulżyli” mojej walizce, pozbawiając mnie wszystkich cepeliowskich prezentów dla przyjaciół z Południa...Pamiętam także melodie ulicznych, chilijskich grajków i płaczącego Chilijczyka, który zazdrościł nam darmowej edukacji, nieświadomego jeszcze, że niczego nie ma za darmo, a ci, co za darmo oferują, zawsze muszą coś zabrać...I pamiętam przemiłą kolację z Pierre Cardin po spektaklu „Repliki” Józefa Szajny w „Espace de Pierre Cardin”, kiedy to mieliśmy „tournée” po Francji, i rozmowę z recepcjonistą hotelu w Avignon, który słysząc o niepokojach w Polsce w 80 roku powiedział: - „Co wy tam wyrabiacie, ja tu chcę jeść spokojnie moje „croissants”! Racjonalista Voltaire’a zapomniał widocznie, o polskiej krwi przelanej za Napoleona i o ludzkiej solidarności...I pierwsze strony gazet pamiętam, które drukowały mapę rozlokowanych wojsk radzieckich w Polsce i pisały o inwazji ZSRR na kraj, i strach...I pozytywne komentarze publiczności, że nasz spektakl „Repliki” był wstrząsający, że „incredible”... i że, mimo sukcesów, jak na ironię, impresario francuski uciekł, a w powrocie do kraju pomagała nam polska ambasada...I pamiętam ciężar okrągłego, wielkiego sera, który wiozłem z sobą, a który nam bardzo smakował do wina, przy polskich Polaków rozmowach po spektaklu…

Do tej mozaiki wspomnień dopisują się powroty. Wróciłem do Paryża w 2002-gim i w roku 2010-tym...Więc wraca się, sentymentalnie i po nowe wrażenia. W mozaice pamięci, oprócz smaków i zapachów kuchni francuskiej, zostają Salvador Dali, Chagall, Picasso, Centre Pompidou, Chateau de Versailles, i uroczy Hotel Chopin w Paryżu z połowy 19 wieku, z dyskretną muzyką Chopina…I może śmieszne, ale także ciastko „polonaise”, leżące na wystawie w stylowej cukierni obok...Może przychodzili tu George Sand z Chopinem? I grób Chopina, gdzie widzimy z żoną grupkę Polaków...I zamki nad Loarą, także ten olbrzymi Leszczyńskiego...I po tylu latach, znów powrót do Louvre’u.                                I kiedy, z żoną w Sydney siadamy w niedzielę do śniadania w naszej „kuchnio - kawiarni”, a ze ścian patrzą na nas wesołe reprodukcje Miro i tancerka Degas’a, pachnie kawą, a „croissants” i „baguette” leżą na stole...to, łatwo się już można domyśleć, że romans francuski trwa.   

   Andrzej Siedlecki, aktor, reżyser, wykładowca/koordynator Polish Studies na Macquarie University w Sydney jest autorem dwóch książek o sztuce aktorskiej: „Sekrety techniki aktorskiej-Jak uczyć?” i „Być aktorem, Podstawy techniki aktorskiej, Teatr, film, telewizja, radio”. Wydawnictwo FOSZE.

czwartek, 13 stycznia 2011

Jeden dzień z historią

W czasie naszego krótkiego pobytu w Warszawie, bratanek Andrzeja, Maciek i jego przyjaciółka Ola powiedzieli nam, że z chęcią zabiorą nas na jednodniową wycieczkę do miejsc, które chcemy zwiedzić. Andrzej, mój mąż trochę marudził, bo zbierał materiał do swojej drugiej książki* i tego dnia miał akurat iść do biblioteki Akademii Teatralnej, ale po buziaczku, uległ moim prośbom i przełożył poszukiwania na dzień następny. To było trudne zadanie żeby wybrać miejsce, do którego chciałabym pojechać. Bo tyle jest ciekawych miejsc koło Warszawy! Po przestudiowaniu mapy i przewodnika, zdecydowałam pojechać do sławnej Opinogóry. Dlaczego? Dlatego, że tam jest zamek i nigdy mnie tam nie było! A po drodze zwiedzimy też zamki w Ciechanowie i Pułtusku. Lubię zwiedzać zamki, których w Japonii niewiele już zostało.
I zawsze znajduję ciekawe historie, skłaniające mnie do refleksji.
Jedziemy przez - Płońsk. To małe miasteczko, z ładnie odnowionym rynkiem. Wprawdzie tu nie ma zamku, ale w jednym z domów na rynku, pomalowanym na niebiesko mieszkał kiedyś Ben Gurion, pierwszy premier Izraela. Według informacji znajdującej się na murze Ben Gurion mieszkał jeszcze w tym domu w 1906 roku, przed wyjazdem do Palestyny. Ciekawe, jak to się stało, że chłopiec z miasteczka na Mazowszu został później czołowym syjonistą i jednym z założycieli współczesnego Izraela?
Jest gorąco. Musimy kupić coś do picia. Lokalny sklepik nazywa się śmiesznie -“Stara Wędzarnia”. Może w tym budynku, rzeczywiście kiedyś wędzono przepyszne polskie kiełbasy i szynki? Ale oczy Andrzeja wypatrzyły smacznie wyglądające ciasta. Było za wcześnie na deser, mimo to Andrzej zachwycony ich wyglądem, kupił po kawałku różnych ciast i zaczął natytchmiast próbować. Andrze,j doświadczony łakomczuch, do tej pory uważa, że były to jedne z najsmaczniejszych ciast, jakie kiedykolwiek jadł. Więc, jeśli ktoś lubi ciasto, to proszę, hm... na jego odpowiedzialność, spróbować osobiście.
Drugim przystankiem był Ciechanów. Tu znajdują się fragmenty gotyckiego zamku Książąt Mazowieckich, w którym mieszkała kiedyś królowa Bona. Podobno przywiozła włoszczyznę do Polski, z której robi się smaczne zupki, ale też ...truciznę, którą jak podejrzewano, otruła synową, Barbarę Radziwiłłówną.

Mimo, że wielkość tego zamku jest znacznie mniejsza, to ciechanowski zamek przypominał nam potężny, gotycki zamek Castilllo de Sforza w Mediolanie, który specjalnie zwiedziliśmy w poprzednim tygodniu. Interesowały nas Polonica, czyli w tym w przypadku, losy królowej Polski. Zamek był siedzibą rodu Sforza, z którego pochodziła królowa Bona.
Po śmierci męża, króla Zygmunta Starego, Bona mieszkała w ciechanowskim zamku około 10 lat. Czy czuła się tam dobrze? Przecież jej mediolański zamek, położony w samym centrum terytorium Sforzów był bezpieczniejszy, tak samo Wawel, gdzie poprzednio rezydowała. Natomiast, zamek ciechanowski znajdował się na samej granicy kraju i mógł być ciągle zagrożony. Ale jej życiem zawsze kierowała polityczna ambicja rodów Sforzów, czy Jagiellonów. Stała obecność prestiżowej osoby, czyli matki króla Zygmunta Augusta na północnym froncie królestwa, miała na pewno duże strategiczne znaczenie. Czy królowa była szczęśliwa w tym zamku? Tego chyba nikt nie wie. Ale co najmniej w czasie jej pobytu w zamku, panował w królestwie pokój.

Wchodząc po wąskich i stromych schodach na mury zamku, oglądamy zbiory starej broni. Z murów, w dole widać rozległą panoramę Mazowsza. W wypadku inwazji obcego wojska, warowny zamek był jedyną przeszkodą w tym płaskim krajobrazie. Czuło się odosobnienie tego fortu. Zamek był atakowany wiele razy. Najpierw przez szwedzkie wojsko w 1657 i 1708 roku, potem, pod koniec 18 - go wieku Mazowsze zostało okupowane przez Prusy i w 19 - ym wieku przez Francuzów oraz Rosjan, a w 20 - tym wieku, przez Niemców i Sowietów.
Dzisiaj z zamku ciechanowskiego zostały tylko mury zewnętrzne. Ale w środku murów znajduje się Muzeum Szlachty Mazowieckiej, które można zwiedzić i obejrzeć małe, lecz interesujące zbiory starej broni.

I wreszcie Opinogóra, znana przede wszystkim jako miejsce zamieszkania dramaturga i poety, hrabiego Zygmunta Krasińskiego (1812-1859). Zaparkowaliśmy przed bramą do kościoła. Jak tylko wyszliśmy z samochodu, niespodziewanie szybko, jakby z pod ziemi, wyskoczył mężczyzna, który zaoferował nam pokazanie wnętrza kościoła Krasińskich.
Miałam wrażenie, że jakby czekał tylko na tę okazję. Moje doświadczenie ciągle potwierdza, że kościoły w Polsce mają swoje tajemnice i zadziwiają przybyszów niespodziewanymi odkryciami. Więc poszliśmy za nieznajomym. Mężczyzna otworzył duże frontowe drzwi kościoła starym, dużym kluczem. Weszliśmy do ładnego wnętrza. Mówił o historii kościoła, a także opowiadał o rodzinie Krasińskich. I wyprowadził nas z kościoła, prowadząc do tylnych drzwi. Otworzył je.
Weszliśmy do rodzinnej krypty rodu Krasińskich. Tu właśnie, został pochowany jeden z wielkich poetów polskich. Przed płytą nagrobną leżały świeże kwiaty. Nie spodziewałam się, że ten nieznany mi człowiek pokaże nam, tak jak gdyby nigdy nic, grób wielkiego poety!
Poszliśmy przez pięknie utrzymany park, do zamku. W neo - gotyckiej budowli, dawnej rezydencji rodziny mieści się obecnie Muzeum Romantyzmu, posiadające unikalne eksponaty z epoki, portrety i pamiątki poświęcone poecie i jego rodzinie. Było przyjemnie zanurzyć się w atmosferę epoki i spoglądać w piękny ogród przez okna zamku. Nagle zobaczyłam przez pałacowe okno, że w słońcu, przeświecającym przez konary drzew, szczęśliwa, roześmiana para weselna pozuje do zdjęć, a goście w kolorowych, eleganckich ubraniach stoją w cieniu ogromnych dębów i patrzą na młodą parę. Całe miejsce wyglądało tak spokojnie. Urzekająca sielanka! Ale pod tym fotogenicznym, ładnym obrazem kryje się burzliwa historia tego miejsca.
Czy ci młodzi ludzie ją znają?

Pierwszym z rodziny Krasińskich, który nadaniem króla posiadł w 17 wieku Opinogórę, był Jan Kazimierz Krasiński. Jego syn, Jan Bonawentura Dobrogost Krasiński walczył z Turkami u boku króla Jana Sobieskiego III i brał udział w kampanii wiedeńskiej. To była złota era Królestwa Polskiego. Natomiast, po zwycięstwie Sobieskiego potęga państwa powoli chyliła się ku upadkowi. W 1795 Królestwo Polskie ostatecznie zostało podzielone przez trzy sąsiednie kraje i zniknęło z mapy Europy. Opinogóra znalazła się w zaborze pruskim i władze zabrały cały majątek młodemu właścicielowi, którym był ówcześnie Wincenty Krasiński, ojciec poety. Wyobrażam sobie, że utrata ziemi przodków mogła bardzo wpłynąć na życie młodego Wincentego Krasińskiego. I także na jego przyszłą działalność, która koncentrowała się na odzyskaniu i utrzymaniu Opinogóry.
W 19-ym wieku armia Napoleona Bonaparte wkracza na teren Mazowsza. Pomaszerowała na Płońsk, Ciechanów i znalazła się w okolicach Opinogóry.
W armii francuskiej znajdowało się wielu oficerów polskich, a jednym z nich był Wincenty Krasiński, który został generałem w armii Napoleona. Kiedy Napoleon Bonaparte utrzymywał kontrolę tego regionu, podarował Opinogórę francuskiemu generałowi Ponte Corvo Jan Bernadotte. Ale Bernadotte w 1810 - tym roku został królem Szwecji i musiał zrzec się majątku, więc posiadłość została zwrócona Wincentemu Krasińskiemu. Wtedy Wincenty z żoną, hrabiną Marią Urszulą Krasińską z Radziwiłłów i synem Zygmuntem, wrócili do Polski i osiedlili się w Opinogórze. Ale niestety, po klęsce Napoleona region ten został okupowany przez Rosję.
Polityczna sytuacja zmuszała ludzi, by dokonywali wyboru, opowiedzieli się po czyjejś stronie. W tej sytuacji był właśnie ojciec poety. Prawdopodobnie, by za wszelką cenę utrzymać dziedzictwo przodków, dawniejszy generał napoleoński przechodzi teraz na stronę cara. Działa aktywnie, żeby zagwarantować majątek dla swoich potomków. Walczy o utrzymanie Opinogóry. Zabiegi i starania w Petersburgu zakończyły się sukcesem. Ale konsekwencje tego wyboru dramatycznie wpłyną nie tylko na ojca, ale także na syna, Zygmunta.

Trzeci wieszcz polski urodził się w Paryżu, natomiast liceum ukończył w Warszawie i zaczął studiować prawo na Uniwersytecie Warszawskim. W tym okresie wśród studentów panowały mocne sentymenty antyrosyjskie i Zygmunt z powodu ojca, który został teraz carskim generałem, był izolowany i szykanowany przez studentów. Nie mógł dalej kontynuować studiów w Warszawie. Postanowił opuścić kraj w 1829 roku i kontynuować studia w Genewie, wtedy właśnie, gdy w Warszawie w 1830 roku wybuchło nieudane powstanie listopadowe przeciwko Rosji. Po klęsce powstania wielu uczestników zostało skazanych na karę śmierci, a innych wywieziono do obozów na Syberii. Wielu też wyjechało na przymusową emigrację i wielu żyło w niedostatku, i biedzie. Natomiast, hrabia Zygmunt był bogatym i finansowo niezależnym arystokratą. Dużo podróżuje, mieszka we Włoszech, Francji i Szwajcarii. W daje się w głośną aferę miłosną, już przecież z mężatką, Delfiną Potocką, w której się zakochał, a która na dodatek miała wielu, i to nie byle jakich kochanków w całej Europie. Ojciec nie pochwalał tego związku i miał wobec syna inne plany... Zygmunt pozostawał zawsze pod przemożnym wpływem ojca i nie mógł się od niego wyzwolić. Tak więc, na jego życzenie, Zygmunt żeni się z hrabiną Elizą Branicką. Nowożeńcy zamieszkują w Nicei…ale pod jednym dachem z kochanką, Delfiną Potocką. Eliza i Delfina musiały udawać, że były przyjaciółkami, ale ten trójkąt nie mógł trwać długo. Delfina opuściła Zygmunta.
Oglądam jeden z portretów Zygmunta namalowany przez żonę. Ładnie namalowany jest ten portret, podoba mi się. Co Eliza myślała o mężu, trudno się z obrazu domyśleć. Czy także, jak i Zygmunt, wyszła za mąż tylko dlatego, żeby spełnić życzenie rodziny? Portrety Elizy w muzeum pokazują jej spokojną, szlachetnie wyglądającą twarz, tak jak by nie było żadnego dramatu osobistego. Czy mieli szczęśliwe chwile?
Ojciec Zygmunta umiera w 1859 -tym roku i poeta zostaje właścicielem Opinogóry. Niedługo jednak może cieszyć się dziedzictwem. Po trzech miesiącach umiera w Paryżu. Pochowany zostanie tam, gdzie byliśmy, w rodzinnej krypcie. Majątek Opinogóry odziedziczy niepełnoletni syn poety, Władysław Krasiński.
Ale nieubłagana historia toczy się dalej...Mimo, że Opinogóra zostaje jeszcze, zgodnie z dążeniem Wincentego w rękach rodu, to majątek zostaje zniszczony w czasie pierwszej wojny światowej. Następna katastrofa przychodzi w 1939 roku. Niemcy napadają na Polskę. Ostatni właściciel Opinogóry, Edward Krasiński zostaje wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie ginie w grudniu 1940 roku, a armia sowiecka, która „wyzwoliła” Polskę, wyrzuca Krasińskich na zawsze z Opinogóry. W styczniu 1945 roku Sowieci pod dowództwem marszałka Konstantego Rokossowskiego wkroczyli do Opinogóry. Wprowadzili reformę rolną i ziemia Krasińskich została rozparcelowana między chłopów, i oddana kolektywnemu rolnictwu. A ruinami zamku nikt się nie interesował, aż do lat 50 -tych. Wtedy to Towarzystwo Miłośników Ziemi Ciechanowskiej i miejscowa Gromadzka Rada Narodowa postanawiają odbudowywać zamek, i w maju 1961 roku zostaje otwarte Muzeum Romantyzmu. Do odbudowania pozostał dworek Krasińskich.
Teraz historia dla Opinogóry jest łaskawa. Nad budową dworku, planowanego jeszcze przed pierwszą wojną światową przez Adama Krasińskiego, państwo obejmuje patronat. Byliśmy tam w lipcu 2008 roku i na naszym zdjęciu jeszcze widać jak robotnicy wykonują ostatnie prace, ale już w sierpniu budowa była skończona, a uroczystego otwarcia dokonano na początku września. Bardzo było przyjemnie zobaczyć dalszy rozwój tego miejsca, świadka nieprzychylnej historii, a do której współcześni dopisali pozytywny rozdział.

Naszym ostatnim przystankiem przed powrotem do Warszawy był Pułtusk. Historia miasta sięga 11-go wieku. Pułtusk ma podobno najdłuższy rynek w Europie? I rzeczywiście, rynek jest wąski, ale bardzo długi! W jednym końcu rynku widać ładnie wyglądający renesansowy kościół, do którego już się zbliżamy... i zbliżamy, a z drugiej strony, jeszcze za ratuszem, widocznym na zdjęciu, rynek ciągnie się jeszcze dalej! Dotarliśmy wreszcie do kościoła. To następny świadek historii tego regionu. Płyta przy wejściu informuje, że Bazylika Kolegiacka została zbudowana w 1449 roku przez biskupa płockiego. Kościół i miasto zostały zniszczone w bitwie ze Szwedami w czasie potopu szwedzkiego w 1507 roku. Kościelny budynek ponownie został odbudowany w stylu renansowym w roku 1560.
I znów trafiliśmy na ślub. Weszliśmy do Bazyliki i nagle wszystkie głowy siedzących zwróciły się w naszą stronę? Nagle słyszymy dobiegający nas szept: Boże, to jeszcze nie ksiądz! Wnętrze kościoła piękne i udekorowane na ślub białymi wstęgami tiulu. Aż trudno uwierzyć, że w tym miejscu toczono bezlitosne walki! Wychodzimy z Bazyliki, a tu, z rozwianym włosem przybiega zziajany ksiądz. Nowożeńcom życzymy szczęścia!

W mieście jest też wspaniały i pięknie położony zamek, zwany teraz „Domem Polonii.” Odrestaurowany, obecnie jest używany jako hotel dla Polonii z całego świata. Dramatyczna historia Polski powodowała przez wieki dużą emigrację Polaków. Podobno, około 17 milionów ludzi pochodzenia polskiego żyje w różnych krajach na całym świecie. To dużo, to około 40 % ludności w Polsce.
Jemy w okazałym zamku słynne, polskie pierogi... i niestety, pora już wracać do Warszawy. Docieramy do Starego Miasta około 5 -tej po południu. Siadamy pod parasolem w kafejce i z przyjemnością pijemy orzeźwiające, bardzo dobre polskie piwo, rozmawiając o zawiłej polskiej historii i podobnym jak u Japończyków, przywiązaniu do rodzimej tradycji. Ta, jednodniowa wyprawa była dla mnie podróżą w bogatą, ciekawą i burzliwą polską historię, a także potwierdzeniem, że siła świadomości i chęć przekazywania wartości kulturowych z pokolenia na pokolenie, jest cechą narodową Polaków.


Riho Okagami-Siedlecka
Andrzej Siedlecki


Andrzej Siedlecki po swojej pierwszej książce „Sekrety techniki aktorskiej-Jak uczyć?” pracował w tym czasie nad drugą „Być aktorem, Podstawy techniki aktorskiej, Teatr, Film, Telewizja, Radio” którą ukończył 2009 roku, a została wydana w 2010 przez Wydawnictwo Oświatowe FOSZE.
Riho Okagami-Siedlecka jest autorką dwóch książek wydanych w języku japońskim: Słychać pieśni Warszawiaków (Warshawa ni shimin no utagoe ga kikoeru), jest książką o Polsce, a Życie po australijsku (O-sutoraria teki seikatsujutsu) książką o Australii.